Pierwszą rzeczą, którą udało mi się kupić za otrzymane na campie kieszonkowe, był bilet na Florydę. Słońce, lazurowy ocean, niekończące się imprezy i ludzie ze wszystkich stron świata - dokładnie tego było mi trzeba po dwóch miesiącach spędzonych wśród lasów Maine.
Jako że podróżowałam sama, z pewnym niepokojem pokonywałam próg hostelu w Miami Beach, no bo przecież „co ja tu sama będę robić?”. Całkowicie niepotrzebnie! Podczas pierwszego lunchu okazało się, że trzy czwarte mieszkańców hostelu pracowało na campach w różnych częściach Stanów i wszyscy mieli teraz jeden cel: bawić się, ile się da!
W nieprawdopodobnie krótkim czasie staliśmy się jedną wielką rodziną, która z dnia na dzień rozrastała się coraz bardziej. Nie było opcji, żeby ktoś się nudził. Bo jak można się nudzić, kiedy na zewnątrz jest 40 stopni Celsjusza, tuż za oknem ocean, natomiast dookoła Ciebie pozytywnie zakręceni młodzi ludzie;-) Integracji sprzyjał również hostel: organizowano nam imprezy kulturalne i tańsze bilety na koncerty, których zresztą w Miami jest bardzo dużo.
To, co działo się w Miami, jest po prostu nie do opisania. Każdy dzień zawierał w sobie sporą dawkę emocji - surfing, gra w siatkówkę, pływanie, opalanie, zakupy, imprezy do białego rana i godzinny czas na regenerację, po to, by na drugi dzień zacząć wszystko od początku.
Przyznam, że czasami trzymały się nas dowcipy - zdarzało nam się chować ubrania ludzi, których nagle "nachodziło" na pływanie nago w oceanie. Nigdy nie zapomnę jak turlałam się ze śmiechu, leżąc płasko na budce ratownika i obserwując, jak dwóch Brytyjczyków biega nago po plaży w poszukiwaniu swoich ubrań, wymachując rękoma w przerażeniu (a żeby dostać się do hostelu, w którym oni również mieszkali, trzeba było przejść jedną z ruchliwszych ulic w Miami Beach).
Innym z moich przystanków było Bloomington, o którym pewnie niewielu z Was słyszało. Bloomington to typowe amerykańskie miasteczko studenckie w stanie Indiana. Jako, że w tym czasie odbywał się tam festiwal muzyczny, a kilka osób, które pracowały ze mną na campie, mieszka w Bloomington na stałe, postanowiliśmy zrobić sobie tam małe „reunion”.
Te pięć dni mogę chyba zaliczyć do najbardziej pozytywnych, jakie udało mi się przeżyć. Były to dni, w czasie których brzuch dosłownie bolał od śmiechu. I absolutnie nikt nie przejmował się faktem, że było nas w jednym domu tyle, że każdy spał gdzie popadnie, jadł co popadnie i nosił co popadnie;-) Dowodem mogą być codzienne wojny o klapki…
Z Bloomington wyniosłam niezwykłą i tajemną wiedzę na temat wszelkiego rodzaju amerykańskich gier (typu beer pong) jak i tony płyt CD wciskanych mi przez ludzi grających w lokalnych zespołach.
Camp America dał mi nie tylko możliwość pracy na prawdziwym amerykańskim obozie letnim, ale przede wszystkim spełnienia wielu marzeń związanych z podróżami. Mimo, że „pocket money” to nie milion dolarów, spokojnie wystarcza na zobaczenie ciekawych miejsc oraz na kupienie paru rzeczy, które skutecznie wypełniają walizkę podczas powrotu do domu :-).
Gdyby nie ostatnie wakacje, nie przeżyłabym przygody swojego życia, nie poznałabym miliona fantastycznych osób, z którymi mam do dzisiaj kontakt i nie nauczyłabym się ogromnego entuzjazmu do życia i do wszystkiego, co robię. I nie umiałabym grać w beer pong’a! ;-) Co tu dużo mówić: warto!
Kamila Pawelczyk, Poznań







